Karsin

Go down
Podkowa
Podkowa
Zwykły koń

Podkowa  Empty Podkowa

on Sro Lut 27, 2019 2:37 pm
Imię: Podkowa
Stado: Wielkiej Tajemnicy - SWT
Płeć: klacz
Wiek: 4 lata

Wygląd:
Podkowa to klacz rasy Quarab. Ma krótką, lśniącą sierść o nietypowej maści: jest łaciata. Zależy jak na to spojrzeć, jest kasztanowata w białe łaty na ciele albo biała w jasnobrązowe łaty. Co zabawne, czasami z miesiąca na miesiąc wydaje się, jakby te łaty zmieniały położenie i wielkość. Nie wiadomo, czy to złudzenie, czy kryje się za tym jakaś tajemnica?
Klacz ma ładnie wysklepiony pysk i poczciwe, bursztynowo-brązowe oczy. Uszy zwykle trzyma raźno na sztorc, obracają się na każdy szmer a rzadko kiedy w popłochu. Mocna, końska szczęka w żadnym razie nie szpeci urody. W pysku znajdują się równe, trochę pożółkłe zęby trawożercy.
Proporcjonalnej budowy szyja, nogi, tułów harmonizują ze sobą. Klacz jest dobrze odżywiona, gdyż lubi sobie podjadać. Grzywa spada miękką falą, podobnie jak zwiewny ogon. Kopyta są dosyć miękkie, nawykłe do biegania po mchu i trawie. Wbrew imieniu klacz nie jest podkuta. Jedno spojrzenie na jej nieźle umięśnione nogi daje znać, że jest szybkim biegaczem. Niestety tylko na krótkie dystanse!

Charakter:
Podkowa jest raczej rozpieszczoną klaczą. Lubi wygody, smaczne jedzenie, miłe towarzystwo spokojnych przyjaciół. Nie trzeba wiele, by zaliczyła cię do ich grona. Ceni szczerość, jednak tylko wtedy gdy idzie w parze z uprzejmością, gdyż uważa, że nie należy sprawiać niepotrzebnie komuś przykrości. Ceni także bezinteresowność. Pomaga nie spodziewając się rewanżu; uważa za to, że ktoś z wdzięczności powinien przynajmniej nie czynić krzywdy jej samej ani koniom bliskim jej sercu. Lubi plotki, szczególnie romanse. Nigdy się nie zakochała tak naprawdę, ale kibicuje każdej zakochanej parze. Sama jest dobrym powiernikiem, gdyż poproszona o dyskrecję prędzej zje własne zęby niż zdradzi sekret. Źrebaki, o dziwo, traktuje z dystansem. Jakby nie rozumiała o co im chodzi. Nie lubi, jeśli źrebak stara się być ciągle w centrum uwagi; to chyba jakaś skaza charakteru źle rokująca na przyszłość! Jednak dorosłe konie i klacze, które "błyszczą" w towarzystwie w żadnym razie nie budzą w niej niechęci.
Wierzy, że jeśli spotka tego jedynego, to będzie widziała. Wtedy stworzą parę i będą razem na śmierć i życie, wychowując źrebaki w doskonałej harmonii. A jednak boi się miłości; pamięta, co spotkało jej dom rodzinny i wie, że to kruche i skomplikowane.
Jest zgodna, wyrozumiała. Gdy trafi na chętnego słuchacza, lubi dużo opowiadać, chętnie się zwierza i nie baczy, czy rozmówca nie spróbuje aby wykorzystać tych informacji w niecnych celach. Niestety potrafi w ten sposób wygadać się też na czyjś temat; chyba że wcześniej ta osoba poprosi o dochowanie tajemnicy. W tym można polegać na Podkowie jak na Zawiszy!
Ufna, ale nie głupia. Modyfikuje swój stosunek do innych na podstawie doświadczeń. Zwykle każdy dostaje gruby kredyt zaufania, tak na start.
Nie należy do koni zaprawionych w walce. Widok krwi, zwłaszcza cudzej, źle na nią działa. A jednak jeśli ma coś, co można bronić lub dochować wierności, potrafi znieśc najgorsze cierpienia dla czyjegoś dobra.
Przeważnie pogodna i czujna, gadatliwa i często aż nadto bezpośrednia. Konie zdystansowane mogą czuć się w jej towarzystwie bardzo niekomfortowo. Sama natomiast źle sie czuje w towarzystwie koni fryzyjskich.
Brutalność i przedmiotowe traktowanie innych koni budzi w niej gniew i oburzenie. Nie może znieść, jeśli ktoś dręczy słabszego i bez wahania stanie w obronie pokrzywdzonego.
Jest kłamcą wyspecjalizowanym w białych kłamstwach. Robi to tylko wtedy, gdy trzeba przeformułowac prawdę aby nie sprawić komuś przykrości. Jest wtedy całkiem przekonująca, bo mówi z serca. Ale łgarstwa mające na celu wykorzystanie kogoś albo uniknięcie kary nie przejdą jej przez pysk.
Ma dość niską samoocenę, a przy tym nie zamierza się zmieniać. Choćby w kwestii częstych i smacznych posiłków. Już dawno zarzuciła wszelkie diety.
Stara się postępować wyważenie, z rozmysłem, brać pod uwagę konsekwencje swoich czynów. Wysoko ceni odpowiedzialność, uważa że przypadkowe wyrządzenie komuś krzywdy to marne usprawiedliwienie. Kieruje się raczej głosem serca, zdecydowanie nie zimnym wyrachowaniem.
Ma serce na wierzchu, lecz każda rana szybko się zrasta. Ot, konie to tylko konie. Mają swoje słabości. Wiele zależy od tego, czy ten kto ją zranił szuka pojednania.

Historia:
Urodziła się w samotnej rodzinie nad cichym, spokojnym jeziorem. Miała brata i siostrę. Jej matka była kochającą klaczą, ojciec zaś odpowiedzialnym i silnym ogierem, który jednak zawsze więcej czasu poświęcał synowi niż córkom. Kiedy rodzeństwo podrosło, ojciec uczył syna walki i ascezy, wyruszał z nim na kilkudniowe eskapady. Podkowa podsłuchała czasem sprzeczkę rodziców; matka uważała, że to dla syna za wcześnie i zbyt niebezpiecznie. Jednak przez długi czas powracali z tych wypraw bez szwanku.
Pewnej nocy w pobliżu domku, w lesie siostry znalazły rannego konia. Przeraziły się; był to obcy, kulejący, ledwie żywy od utraty krwi fryz. Bredził coś w gorączce. Młodsza siostra Podkowy pobiegła po matkę, a Podkowa próbowała przekonać rannego że pomoc juz blisko i żeby spróbował przejść jeszcze kawałek. Pomogła mu iść, tak, że gdy matka i siostra nadbiegły, do stajni było już niedaleko.
Ojciec i brat byli na eskapadzie, a matka z córkami zaopiekowały się rannym nieznajomym. Gdy gorączka przeszła i  trochę oprzytomniał, ostrzegł je, że jego tropem mogą iść żądne krwi konie i najlepiej zrobią, jeśli go wyrzucą. A jeszcze lepiej, jeśli przeniosą się z tego miejsca i będą uciekały.
Klaczom to się w głowie nie mieściło i oczywiście nie posłuchały. Minęło kilka dni. Fryz zdrowiał wyjątkowo szybko. Wszystko popsuło się, gdy powrócił ojciec rodziny wraz z synem.
Gdy ojciec zobaczył, kto jest ich "gościem", stanął jak piorunem rażony. Zrobił awanturę o to, że nie wiecie, komu pomagacie. To występny fryz z krwią na kopytach wart tylko tego, żeby go utopić w jeziorze. Matka stanęła w obronie rannego, tłumacząc, że jest niegroźny i nie można go tak zostawić. Ojciec na to, że to on sam z synem poranił tak fryza, lecz uciekł im; a teraz własna rodzina leczy niedobitka. Doszło do dantejskich scen. Ojciec rozkazał sucho synowi zabić obcego. Córki zasłaniały fryza ciałem. Skołowany brat nie palił się do walki. Matka krzyczała na ojca, ojciec ją ugryzł. Uderzył ją pierwszy raz w całym życiu Podkowy. A do tego ostatni.
Fryz najwidoczniej nie potrzebował obrony; odepchnął młode klacze na bok, ominął skonsternowanego ogierka i rzucił się jak czarna błyskawica na ojca i swojego niedoszłego mordercę. Walka była zażarta; ognisko rozrzucone kopytami koni zasypało iskrami i żarem całą podłogę. Deski zaczęły się tlić. Matka zgarnęła dzieci i wyprowadziła je poza stajnię, w bezpieczne pobliże jeziora.
Niedługo dwa konie wybiegły, nadal walcząc. Fryz, chociaż ranny, nie przypominał tego słaniającego się na nogach utracjusza napotkanego w lesie. Choć ojciec rodziny przeszedł do defensywy, walczyli, dopóki nie upadł. Fryz zatriumfował; już miał rozbić kopytem czaszkę wroga, ale powstrzymał go chóralny okrzyk "Nie!"  rodziny. Oszczędził zatem pokonanego, przeprosił za "bałagan w stajni" i podkreślił, że ostrzegał wprawdzie, że ma wrogów. Odszedł wzdłuż brzegu jeziora ku zachodowi; matka i siostra rzuciły się opatrzeć rany ojca rodziny, ale Podkowa... nie, ona była rozwścieczona nieuzasadnioną napaścią taty na fryza. Że tamten przecież tylko się bronił. Obejrzała się na brata; sądząc po jego skwaszonej minie, też mu się to wszystko nie podobało. Nagle brat obrócił się i odbiegł w mrok za fryzem. A Podkowa razem z nim. Milczeli, ale łączyło ich postanowienie: pójdą za nim i nikt już nie napadnie na niego bezkarnie.
Fryz był zdziwiony, ale przystał na ich towarzystwo. Okazał się mądrym przewodnikiem po stepach, górach i lasach. I tak wędrowali. Fryz pozostawał dosyć tajemniczy mimo że wspólna podróż sprzyjała "zżyciu" się. Co ciekawe, czasem napotykani podróżni traktowali fryza ze strachem i nieufnością. Nawet na młodsze konie patrzyli jak na jakichś bandytów.
A przecież nie napadali na nikogo. Fryz bardzo o to dbał. Czasem tylko od słowa do słowa zdarzało się bić z równą liczebnie grupką koni. Dzięki umiejętnościom bitewnym fryza zwwkle kończyło się zwycięstwem; dziwnym trafem zawsze wtedy szczęściły się obfite łupy, jak smaczne buraki cukrowe zdobyte na przeciwnikach.
Sprawy przyjęły mroczny obrót, gdy Podkowa wyrosła i wyładniała. Fryz zawrócił jej w głowie; kiedyś się nad nim litowała, stopniowo zaczął jej imponować, aż chciała mu się przypodobać. Dzięki cierpliwości fryza i młodzieńczej naiwności klaczy oddała mu się, myśląc, że to jest właśnie ta wielka miłość na którą zawsze liczyła.
Złudzenia trwały dobre parę miesięcy. Dopiero wtedy spostrzegła pomyłkę, i to boleśnie. Nawet nie na sobie ani na fryzie; tylko jak w lustrze przejrzała się we własnym bracie. Któregoś wieczora grupa szła, choc już zapadł zmierzch; z daleka było widoczne ognisko. Fryz, Podkowa i jej brat Karosz zblizyli się do obozowiska i poprosili, żeby mogli się przyłączyć. Tamte konie, jabłkowita i gniadosz, odmówili. Z wymiany zdań narodziła się sprzeczka; potem bójka; Podkowa przypatrywała się temu z przestrachem i boleścią. Była tak zadurzona, że nie zauważyła, kto sprowokował kłótnię i nie chciał odejść w pokoju. Uważała, że po prostu tak wyszło.
Jednak przejrzała wszystko mniej więcej o północy. Towarzysze myśleli chyba, że spała; a jednak wcale sobie nie wyśniła, że jej brat pokrył jabłkowitą siłą, kneblując ją wcześniej. Podkowa rzuciła się na pomoc; sęk w tym, że nigdy nie była dobra w walce. Ta historia mogła mieć mimo wszystko lepsze zakończenie; zawołała na pomoc swojego fryza. On z łatwością powstrzymałby Karosza i jeszcze wymierzył karę. Ale nie chciał. Uważał, że nie ma o co robić tyle krzyku. Tym właśnie rozwiał złudzenia i złamał jej serce; także brat, o którym zawsze miała dobre zdanie, okazał się łajdakiem. Chwilami myślała, że może naprawdę nie ma racji i jak to klacz, wydziwia. To była bardzo trudna, pełna łez noc i nie pomogło, że fryz chciał ją pocieszyć w kategoriach rozpłodowych.
Nad ranem uwolniła oba konie, jabłkowitą i gniadosza. Uciekli razem. Pojutrze fryz i jej brat doścignęli ich. Rozegrało się to w dramatycznych okolicznościach: na skraju klifu, gdzie wiatr czesał grzywy. Fryz zażądał, by wróciła. Twierdził, że jej miejsce jest przy nim i należy do niego. Zarzuciła mu kłamstwo; lawina ziemi i kamieni rozdzieliła obie grupy koni i poniosła Podkowę razem z rumowiskiem w odmęty morza. Jednak szczęście jej sprzyjało, może ze względu na imię. Przeżyła. Nie wiedziała tylko, czy ktokolwiek z tych, którzy stali na klifie, również żyje. Bała się szukać fryza, bo może i on ją odnajdzie. Martwiła się o jabłkowitą i o gniadosza. Wyrzucała sobie, że za mało martwi się o Karosza, który w końcu jest jej bratem! Trapiona tymi wątpliwościami postawiła kopyta na suchym lądzie. Była wykończona; ale kawałek dalej rosła apetycznie wyglądająca trawa. Klacz trafiła do Karsinu, chociaż jeszcze o tym nie wiedziała. Zamknęła tajemnicę swej przeszłości głęboko w sercu. Wmówiła sobie, że skończyła z nią; że nieważne; że teraz będzie już lepiej, skoro spotkało ją najgorsze. Kto by się domyślił, że ta pogodna klacz nosi w sercu brzemię mrocznej przeszłości? Czy ta przeszłość kiedyś ją doścignie?
Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach